O autorze
Długo się zastanawiałem nad tym, czy jestem bardziej publicystą, czy bardziej raperem i muszę powiedzieć, że raczej na pewno nie wiem...

25 lat dumy

Internet
Z deprecjonowaniem osiągnięć wolnej Polski, można sobie poradzić bardzo łatwo - wystarczy wspomnieć trwogę, z jaką spoglądaliśmy na Ukrainę niedawno. Ukrainę, która startowała do swojej niepodległości z bardzo podobnego pułapu, a dziś walczy o prawo do dobrobytu, którego my zdajemy się nie dostrzegać. Ale właśnie nie zamierzam ruszać tego argumentu, ani żadnego innego, politycznego. Za sukcesem Polaków w ostatnim ćwierćwieczu przemawiają jeszcze lepiej ich osobiste triumfy. Warto się nimi chwalić...

Doprawdy, niełatwo wypowiada się na takie tematy, zwłaszcza jeśli jest się zepsutym, hedonistycznym raperem. Czasem lepiej zostać w swoich rozrywkowych, egocentrycznych domenach i nie zabierać głosu, gdy możni rozprawiają o sprawach ważnych. Może lepiej ustąpić miejsca ludziom objedzonym wszystkimi rozumami oraz tym rozgorączkowanym, których owa sporna kwestia emocjonuje tak bardzo, że zaczynają krzyczeć, ilekroć komuś wymsknie się, choćby przypadkiem, słowo: “Polska”. Może. Nie wydaje mi się jednak, by mieli oni jakąś wyłączność na ocenianie '89 i wszystkiego, co po nim nastąpiło. Gdyby chodziło tylko o same słowa, nie strzępiłbym języka po próżnicy, jednak... nigdy nie chodzi o same słowa. To co dzisiaj jest zaledwie wyartykułowanym poglądem, jutro staje się podstawowym budulcem rzeczywistości. Tak było 25 lat temu, tak jest i teraz. Nie łatwo więc odmówić sobie publicznego wyrażenia dumy z tego, co udało nam się przez ten krótki czas wolności osiągnąć. I bynajmniej, nie mam takiego zamiaru.



Prawdopodobnie, jako przedstawiciel klasy średniej, uprzywilejowanej, która ma z górki, by nie powiedzieć: na sumieniu wiele grzechów i wyzysk, nie powinienem podsumowywać ostatniego ćwierćwiecza. Ale jakoś tak nie mogę się powstrzymać. Moja ocena może być wszakże skrajnie subiektywna (jak to ocena), ale też nie musi. Zwłaszcza jeśli weźmie się od uwagę fakt, że wcale nie urodziłem się jako burżuj.

Niewiele pamiętam z samego “realnego socjalizmu”. Jak przez mgłę widzę kolejki, w których zawiązałem pierwszą przyjaźń i gdzieś tam przebija się obraz rodzącego się w bólach robotniczego osiedla, na którym żyłem ponad 20 lat. Robotniczego, bo mieszkanie na nim dostaliśmy z zakładowego przydziału, jako typowa wręcz peerelowska podstawowa jednostka społeczna. Mój ojciec pracował na cztery zmiany jako energetyk w pobliskiej elektrociepłowni, moja mama zaś była pielęgniarką. Do tego brat i ja, czyli modelowa rodzinka made in PRL. I "malucha" mieliśmy, a jakże.

Jako kilkuletni chłopiec nie mogłem w pełni uczestniczyć w transformacji. Nie dostrzegałem i nie rozumiałem zachodzących wokół mnie procesów. Wszyscy wkoło powtarzali, że dzieją się rzeczy dobre. Patrzyłem na to podejrzliwie, oponowałem, tupałem nogą - nie mogłem np. pojąć, dlaczego mleczarz przestał nam przynosić butelki. Co może być dobrego w przerwaniu strumienia nabiału dostarczanego nam wprost na wycieraczkę? Także i dzisiaj trudno odmówić temu pytaniu zasadności. Proces transformacji sunął jednak nie zważając na to, czy rozumiem wszystkie jego meandry i zawiłości. I czy ktokolwiek zrozumie.

Nie było łatwo. Pamiętam, gorsze momenty, w których rodzice z trudem wiązali koniec z końcem i to, jak nie mogliśmy znaleźć dla siebie kąta w mieszkaniu, które wraz z naszym dorastaniem, a potem także pojawieniem się siostry, stawało się coraz mniejsze…

Kiedy dzisiaj odwiedzam rodziców w ich domu na wsi, na skraju lasu, nie mogę wyjść z podziwu. Z podziwu dla nich. Mam to szczęście, że to oni właśnie są dla mnie największymi autorytetami. Nie stali się jednak nimi z automatu, czy powinności, moja buntownicza natura nigdy by do tego nie dopuściła. Sami na to zapracowali. Swoim życiem, aktywnością, podejmowanymi wyborami, udowodnili, że można - nawet w tym kraju - dojść do czegoś ciężką i uczciwą orką… po prostu. Wychowywałem się w robotniczej rodzinie, na robotniczym osiedlu, a jak dzisiaj wpadam z odwiedzinami do rodzinnego domu w urokliwej okolicy, to witają mnie ludzie z wyższym wykształceniem i na menedżerskich stanowiskach. Jak to się stało? Spiseg? Nic z tych rzeczy, ale także nie przypadek. Nie sądzę.

Ojciec cały czas pracował w tej jednej elektrociepłowni - przeżył prywatyzacyjną zawieruchę, złorzecząc na nią straszliwie, budził się w każdym tygodniu o trzech różnych porach, potem trafiał na coraz bardziej odpowiedzialne stanowiska, aż nim się spostrzegł, kończył magisterskie studia i dostał cały pion w dużej firmie do ogarnięcia. Dzisiaj lata do Paryża, do Bukaresztu, lub w inne miejsca, w których ludzie chcą się czegoś od niego nauczyć. Bo właśnie wiedza, umiejętności, poparte pracowitością i uczciwością, pozwoliły mu zrzucić flanelową koszulę i zamienić ją na drogi garnitur. Nie inaczej było z matką, która również skończyła niedawno studia, po czym podjęła wyzwania stworzenia od nowa całego oddziału w jednym z miejskich szpitali. W kilka miesięcy totalną gimelę, jaka panowała tam przed jej przyjściem, zamieniła na najlepszą jednostkę w tej placówce. Tutaj prócz umiejętności i pracowitości, przydała się także odwaga. Jej mamie nie zabrakło.

Rocznicę obrad Okrągłego Stołu obchodzę u nich, na skraju lasu. I właśnie z tego miejsca widać, jak Polska pięknie się zmieniła. Nie jest jeszcze krajem, w którym żyje się łatwo - ja i moi rówieśnicy mamy tego świadomość. Jednak jest krajem nieprawdopodobnych możliwości. Tutaj naprawdę możesz wszystko, potwierdzone info. Nie wystarczy jednak tylko: chcieć. Potrzeba także pomysłu na siebie i ogromu pracy. Taka Polska nie jest może wymarzonym miejscem do życia, ale zdecydowanie zasługuje na to, byśmy za nią podziękowali wszystkim, którzy codzienną pracą i odwagą, dali nam możliwość oceniania i zmieniania jej. I także my zasługujemy na słowa uznania. Good job, chciałoby się powiedzieć. Ale jeszcze nie teraz, jeszcze wiele jest do zrobienia.

I właśnie dlatego jestem dumny, ilekroć patrzę ćwierć wieku wstecz.
Trwa ładowanie komentarzy...