O autorze
Długo się zastanawiałem nad tym, czy jestem bardziej publicystą, czy bardziej raperem i muszę powiedzieć, że raczej na pewno nie wiem...

O tym, jak stałem się lewakiem. Część pierwsza.

fot. Aleksander Miz Warski www.mizantropia.pl
Mówiłem sobie i innym, że nie będę się w to pakował. Złorzeczyłem na specjalistów, którzy poświęcili wiele lat na kłótnie. Kipiałem, ilekroć którakolwiek ze stron próbowała przeciągnąć linę na swoją stronę. A próbowała często, i to i jedna, i druga. Beze mnie. Babranie się w tej połajance było dla mnie czymś niedojrzałym, napawało odrazą. Każdego zarażonego atakowałem swoją neutralnością, agitując na rzecz zdrowego rozsądku i niewzruszoności. Ale nie, nie. Nie! Przyszedł czas, by powiedzieć: “nie”. Co oznacza automatycznie: “tak”, dla którejś ze stron. A zatem comming out, jestę lewakę! Tyle, że… jakie to ma tak naprawdę znaczenie, jeden więcej do zmasakrowania w tę, czy w tamtą - co za różnica?

Momentem, w którym cywilizacyjny konflikt upomniał się o mnie, okazała się niewinna awanturka na pl. Trzech Krzyży w Warszawie przed kilkoma dniami. Giełda Papierów Wartościowych, kościół i pomiędzy nimi pomnik zwierzaka, który widnieje w logotypie szacownej instytucji, włączającej nas w system naczyń połączonych światowej finansjery. Ów byk niezgody, zbyt przypominał cielca z przypowieści o Mojżeszu - orzekli kościelni hierarchowie. Cielec, jak wiadomo, symbolizował bałwochwalstwo, barbarzyńskie i wstrętne wyznawcom jedynego, osobowego Boga - nie godzi się więc, by stał przed ważnym dla chrześcijan miejscem spoktań. Kluczowe w tym jest jednak właśnie owe “symbolizował”, a także “bałwochwalstwo”, oraz pytanie, jaki to ma w ogóle związek z chrześcijaństwem.



Rozeźlił mnie ten paradoks. Kościół ingerując w życie miasta i jego świeckie oblicze, powoływał się na boski zakaz bałwochwalstwa, podczas gdy to właśnie on ma na sumieniu największe sprzeniewierzenie się jemu, a co za tym idzie - także ideałom, które stały u podstaw ukonstytuowania się tego świata. Notoryczne, w dodatku. Podobizny Boga i całej rodziny jego pojawiły się w średniowiecznej Europie stosunkowo późno. Pierwsi chrześcijanie bardzo na serio brali przykazanie, by nie wywoływać imienia i figury Stwórcy na daremno. Jednak ich spadkobiercy, wraz z ekspansją Kościoła, zdecydowali się pójść na kompromis z przekonywanymi do nowej wiary ludami. Kult świętych i wizerunek Boga, Jezusa i każdego innego bohatera Biblii, pojawiły się dzięki wzmożonym wysiłkom rzymskich menedżerów produktu, departamentu PR i marketingu. Efekty wykonanej przez nich roboty widać w Polsce Anno Domini 2014, ilekroć z niejednego skweru uśmiecha się do nas ogrodowa figurka Jana Pawła II. Departamenty działają jak należy, zresztą kto by się przejmował dawno usuniętym z ustępem o zakazie przedstawiania wizerunku świętych…

Najbardziej obmierzłe w tym wszystkim jest jednak to wyrachowanie kościelnych włodarzy. Przecież tej roboty nie mają od wczoraj! Żeby usiąść na stołku, z którego mogą blokować decyzje o tym, co w Warszawie ma stanąć za pomnik - musieli przejść przez wszystkie szczeble kariery, przy tym otrzymać solidne teologiczne wykształcenie. Znają więc nie tylko historię o Mojżeszu i złotym cielcu, ale i jej przesłanie. Tyle, że palą jana i odnoszą się do pustej w środku symboliki. Larum podnoszone przez głowy polskiego kościoła z okazji byka cofa religijność rodzimych katolików do czasów przed kontreformacyjnych, a może nawet i jeszcze wcześniej. Nie mówimy przecież tutaj o jakimś wiejskim odpuście, na które dzieją się rzeczy, które nie śniły się nie tylko filozofom, ale i ojcom kościoła. W tym przypadku palenie jana zaangażowani są najwyżsi duchowni dostojnicy.

Nerwowe ruchy kościelnych macherów z pewnością nie mają najmniejszego związku z drastycznym spadkiem wskaźnika uczęszczania przez wiernych na msze św., zwykła koincydencja, ot. Ale jeśli by miały, jesli byłyby reakcją na masowy odwrót od kościoła, oznaczałoby to, że instytucja, która na tych ziemiach niosła światło, dzisiaj chciałaby je zgasić. W takim układzie wspólnota, której głównym spoiwem jest miłość, zostaje przeciwstawiona całej reszcie, a przepaść dzieląca oba obozy zaczyna się pogłębiać, poszerzać i coraz bardziej przerażać.

Polska strasznie się ostatnio spolaryzowała. Ludzie dotychczas niezdecydowani dobijają do jednego z dwóch biegunów. I tak kościół traci followersów, ale ci którzy zostają są bardziej aktywnymi użytkownikami. Zajadłymi wręcz. Media zalewane są informacjami o nowych ogniskach konfliktu. Jest ich tyle, że nawet byk, zwany także cielcem, przeszedł prawie niezauważony. Taki byk! Może mnogość sytuacji spornych, w których urażane są uczucia religijne katolików, niby żywcem wyjętych ze średniowiecza, to znowu - koincydencja, a nie przemyślana akcja upadającego imperium, ale ja nie mam ochoty na dalsze palenie jana. I nie zamierzam udawać, że to wedle mojej wiedzy ma cokolwiek wspólnego z myślą chrześcijańską.

I oprócz tego, że nie wierzę w ich Boga, to nie wierzę także w przypadki. I zamierzam o tym mówić, pisać te truzimy, które w mojej opinii są czymś, co pomoże wierzącym, ale nie myślącym zbyt wiele, zrozumieć ich religię, będąc pewnie z kolei dla nich kolejnym lewackim ujadaniem antyklerykała, którym niniejszym się stałem. W istocie jednak, jedyna rzeczą, której bardzo zajadle się sprzeciwiam jest głupota.
Trwa ładowanie komentarzy...