igoronco - BLOG

O autorze ↓

O tym, jak stałem się lewakiem. Część druga, ostatnia.

Szymon Igoronco, kadr z klipu "10 lat funk"
Szymon Igoronco, kadr z klipu "10 lat funk" foto Aleksander Miz Warski
Przed tygodniem zamieściłem na tym portalu swój mały manifest. Odtąd jestę lewakę. Nie skończyło się jednak na li tylko deklaracjach, od razu przystąpiłem do szaleńczego ataku, rozsiewania lewackiej zarazy i hedonistycznych pseudo-wartości. Życie zaś samo przyniosło piękny epilog do tego nikomu niepotrzebnego tekstu o niczym.

Stało się coś dziwnego ostatnio i popełniam wpis, za wpisem. Przeważnie są to teksty o zabarwieniu światopoglądowym, w których zżymam się na opanowaną przez reakcyjnych krzykaczy przestrzeń publiczną. Przypadek? Nie sądzę! Ale też nie żadna obsesja, raczej odpowiedź na radykalizujące się postawy po obu stronach. I głupotę, jej nie lubię szczególnie.



Czy muszę być zwolennikiem parad równości, żeby sprzeciwiać się krzywdzącemu i obraźliwemu plakatowi w samym środku mojego miasta? Otóż, nie i tak się składa, że wcale nie jestem. Czy wytykanie środowiskom konserwatywnym niekonsekwencji, czyni ze mnie od razu lumpen-liberała, niezdolnego do samodzielnego myślenia leminga? Nic z tych rzeczy, właśnie intelektualna samodzielność nakazuje mi poruszanie się bez baczenia na granice i utarte schematy. Czy to, że wymagam od katolików minimum przyzwoitości i rozsądku, oznacza, że te same grzechy puszczam płazem także tej drugiej stronie? I tu się mylisz Watsonie, powtarzając wciąż ten sam błąd logiczny, zwany redukcjonizmem. Jeśli A to B, to nie znaczy, że B to A, a właśnie do tego mechanizmu sprowadza się większość twoich wypowiedzi i zarzutów...

Rozbawiły mnie setnie niektóre komentarze pod tekstem “Banner czystości vs SEKSEDUKATORZY”, szczególnie ten w stylu “Haha, NaTemat samo przyznaje, ze pederastia jest obrzydliwa”. NaTemat przyznaje, choć jest to jemu nie na rękę i wbrew redakcyjnej linii. Może to nadinterpretacja, ale z tych słów bije pewna satysfakcja, że lewacki spisek się chwieje, gubi i plącze w zeznaniach. Tyle, że ja o uczestniczeniu w takowym nie mam najmniejszego pojęcia, tekst napisałem z własnej woli, samodzielnie, a na ten portal, zamiast na mój blog, trafił, bo wiedziałem, że pasuje doń tematycznie i ma szansę na dużą wirusowość. Nie pomyliłem się. Ale pieniędzy za niego nie dostałem żadnych. Może rzeczywiście jestem lewakiem?

Z kolei w komentarzach pod moim “coming-outem” pojawiły się nawet próby naprowadzenia mnie na właściwą drogą oraz objaśnienia definicji lewactwa, które to pomyliłem z antyklerykalizmem. A także cała masa bluzgów. Prawda jest jednak taka, że nic nie pomyliłem i żadnym lewakiem nie jestem, określenia użyłem specjalnie wybiórczo i w krzywym zwierciadle. Bo głównie w takim właśnie jest używane. Nie należę, jakby to kogoś interesowało (w co wątpię, ale ot, piszę sobie), do zwolenników egalitaryzmu ekonomicznego, czy usilnego zmuszania ludzi do poprawności politycznej. Nie można też zbyć mnie przypięciem antyklerykalnej łatki. Bardzo dobrze rozumiem chrześcijaństwo i darzę je olbrzymim szacunkiem, lecz w obliczu kato-rewolucji, z jaką ewidentnie mamy do czynienia w tym momencie, dołączam do obozu oponentów. Oponentów kato-rewolucji, nie chrześcijaństwa. I to wyłącznie dla obrony - własnej oraz rozumu.



Ostatecznie jednak, jeśli już muszę być to jestem. Bycie lewakiem nie jest wcale takie złe, można rzec, że z ust osoby wierzącej to nie lada komplement. Takim lewakiem, to był nawet ich zmarły tragicznie, przed dwoma tysiącami lat, idol.
Trwa ładowanie komentarzy...