O autorze
Długo się zastanawiałem nad tym, czy jestem bardziej publicystą, czy bardziej raperem i muszę powiedzieć, że raczej na pewno nie wiem...

Kreatywne życie w samym środku imprezowego szaleństwa

foto. Aleksander Miz Warski
foto. Aleksander Miz Warski www.mizantropia.pl
Kiedy sprostanie wymogom codzienności w Polsce urasta do rangi wyzwania, cieszy każda oaza normalności, w której dzięki kreatywności i kooperacji ludzi udaje się przezwyciężyć, wydawałoby się ciążące na nas ograniczenia. Masz prawdziwy powód do dumy, kiedy jesteś tego częścią.

Na początku był chaos… i kamieni kupa, która wypełniała wnętrze dawnego przemysłowego budynku starej destylarni, na kilka chwil przed tym, kiedy po raz pierwszy wpuszczono doń ludzi, żeby sobie popili i potańczyli. To był sylwester - nowe nadzieje, stare problemy. Siedzieliśmy na paletach, bo w nowo powstającym klubie była na razie sama muzyka. Bardzo starannie dobrana muzyka. Alkohol. I cała masa ludzi. Ten rok zaczął się dobrze, choć nie da się ukryć, że na słowo honoru. Kończył się z hukiem, w miejscu nie tylko doprowadzonym do minimalistycznego, acz schludnego standardu, ale i posiadającym własny charakter, a jeśli ktoś wierzy w takie rzeczy, to także duszę. Po drodze działo się tyle, że trudno dać wiarę, że minęło zaledwie dwanaście miesięcy. Udało się nam stworzyć miejsce, do którego poznaniacy przychodzą się zrelaksować i rozerwać na poziomie, w którym czują się dobrze, u siebie, ale jednak na wyjściu - jest! 2014 to następne kroki naprzód: pierwsze kolejki przed klubem, pierwsze ogromne kolejki, coraz to lepsze bookingi. Zespół się profesjonalizuje; do poziomu muzyki, atmosfery i koncepcji dobijają kolejne elementy klubowej układanki, które zaniedbywaliśmy, lub pomijaliśmy z nawału innych obowiązków i niedostatku środków wszelakich. Słowem: progres. A oprócz tego dużo frajdy. Ale gdyby chodziło tylko o to, nie zawracałby wam głowy…





Jeden z założycieli - dla porządku nazwijmy go tym marudnym - nie był szczególnym entuzjastą pomysłu, by zagospodarowywać trzecie wolne piętro na biura i pracownie. Klub to klub, przecież. Ale drugiemu, temu bardziej optymistycznie nastawionemu zależało widać na tym bardziej, od początku funkcjonowania lokalu, na górze starej destylarni, wśród całej masy klamotów zaczęły więc dziać się rzeczy. Pierwsze były pracownia konstrukcjonistyczno-animacyjna i studio nagraniowe, następnie swoje biurko zajął informatyk i programista, potem kolejne pomieszczenie zostało wynajęte stowarzyszeniu nerdów. Każdy klub potrzebuje środowiska, wokół którego powstaje klimat w nim panujący - ten konkretny miał to szczęście, że na jego środowisko złożyli się bardzo interesujący ludzie, którzy do jego sukcesu także co nieco od siebie dołożyli.

Nad miejscem głośnych i hucznych weekendowych zabaw w tygodniu zaczęły powstawać gry wideo, spoty reklamowe, mappingi 3d, programy edukacyjne, kursy językowe, strony internetowe, aplikacje mobilne, albumy muzyczne (sam przez ten czas nagrałem dwa, teraz jestem w trakcie trzeciego), single, klipy, analogowe automaty do gier, automat nalewający wódkę, drukarka 3d. Z czasem tych gratów zawalających dotychczas ostatnie piętro zaczęło jakby ubywać, za to pomału zapełniało się ono ludźmi - czy to klientami studia, czy praktykantami, a wkrótce także pracownikami rozrastającej się firmy programowo-informatycznej, która od niedawna zajmuje ostatnią niezagospodarowaną dotychczas salę. Zbudowaliśmy magazyn, klamoty, jeśli nawet są, to tylko na zasadzie składowania ich na chwilę w pamięci operacyjnej. Wszystko wskazuje na to, że to już.



Tyle się głowiliśmy, jak zabrać się za przygotowanie sprawnie funkcjonującej przestrzeni co-workingowej, a nim się spostrzegliśmy ta stworzyła się, jeśli nie sama, to w naturalny sposób, dzięki pracy włożonej przez każdy z elementów nań się składających. Czyli właśnie co-working, jak nic. Chyba czas najwyższy pokazać to światu, sobie zaś wymierzyć delikatny uśmiech w lustrze o wymowie “dobra robota”. Po półtora roku, przez które prowadziliśmy komunikację opartą na żargonie naukowo-laboratoryjnym, rzeczywiście, wspólnie z renomowaną poznańską uczelnią organizujemy event łączący elementy klubowej rozrywki i wytężonej intelektualnej pracy. A zatem, zapraszając, dla przykładu, na “wykłady” w “katedrze techno” niejako wywołaliśmy akademickie demony. Poniekąd, w sumie nic w tym dziwnego, od początku zorientowaliśmy się na coś więcej, niż tylko podawanie piwa…



Zanim klub rozbuja się w rytm trapów, czy tech-house’u, odbędzie się wystawa instalacji przygotowanych przez studentów nowych mediów ze School of Form, której towarzyszyć będzie panel wykładów (tym razem prawdziwych) prowadzonych przez starszych kolegów z ostatniego piętra, którym po latach szlifowania umiejętności, rozbudowywania warsztatu i wielu próbach udało się połączyć pasję z pracą zarobkową, nie tracąc przy tym luzu, a także niezależności. Wykładów, które mogą się okazać bardzo pomocne dla młodych adeptów sztuk kreatywnych. W końcu wkrótce i oni będę musieli rozejrzeć się za miejscem dla siebie.



Zabawne, że pośród sobotnich prelegentów znalazł się jeden z założycieli Projektu LAB, ten marudny, który po pozbyciu się akcji klubu, zarzuceniu kariery promotorskiej oraz dj’skiej, rzuceniu się w wir agencyjny, wrócił na Grochowe Łąki, jako fotograf i grafik, freelancer. Jakiś czas temu to właśnie jego pracownia zajęła miejsce zwolnione po stowarzyszeniu, na górze, tej samej, na którą tak kręcił nosem na samym początku. Ale tak to właśnie jest z tym życiem kreatywnym w Polsce. Można marudzić, ale kto chce tworzyć, ma pomysł - na siebie i na to, jak to zrobić, nie boi się pracy i otacza się właściwymi ludźmi z otwartymi głowami - zawsze znajdzie dla siebie miejsce.
Trwa ładowanie komentarzy...