igoronco - BLOG

O autorze ↓

Football, bloody hell, czyli jaka piękna katastrofa

Wcale się nie cieszę z ostatecznego upadku wielkiego Manchesteru, choć przyznam, że fanem Czerwonych Diabłów nigdy nie byłem. Nigdy nie byłem, ale jednak nieraz to właśnie za nich ściskałem kciuki, choćby wtedy gdy wydzierali z gardła Bayernu puchar Ligi Mistrzów, albo kiedy przegrywali z Porto prawie pewny udział w półfinale tych rozgrywek. Mieli świetne momenty, wielkie drużyny i galaktycznych piłkarzy - a ja właśnie tego oczekuję od futbolu. Zwłaszcza jeśli idzie o tych ostatnich.

Załapałem się jeszcze na Cantonę, pamiętam debiutującego Beckhama, nieustępliwego Keane’a, wszędobylskiego Giggsa, czy bramkostrzelny duet Yorke-Cole. Ich blask był na tyle duży, że czasem miało się problemy, by dostrzec, że gdzieś tam obok tych boiskowych herosów biegali zawsze jacyś wyrobnicy. Wychowankowie, albo rozmaite wynalazki z lig skandynawskich, lub państw, o których istnieniu mało kto miał wówczas pojęcie - pracowali po cichu, robili co im każą, by w odpowiednim momencie na chwilę wyjść ze swojej roli i dołączyć do panteonów bóstw, po czym pokornie wracali na swoje miejsce na ławce rezerwowych. Coś w stylu zmieniających bieg historii w trzy minuty Sheringhama z Solskjaerem.

Jakby się zastanowić - co też wtedy czyniłem - mogło to trochę wkurzać. Drużyna pretendująca do miana jednej z największych w historii, ukonstytuowała się wkrótce po tym, jak pożegnała się z francuskim niedoścignionym wirtuozem futbolu, a swój rajd ku nieśmiertelności rozpoczęła w Łodzi, na stadionie ŁKS-u, który całkiem nieźle sobie dziś radzi w… polskiej IV lidze. W starciu klubów z włókienniczych miast wyspiarze wówczas zremisowali, jednak dla podopiecznych Fergusona był to remis zwycięski, intonujący pierwsze takty pięknej symfonii z przewijającym się motywem Champions League, zakończonej dramatycznym finałowym happy-endem. Kropkę, dokładając swoją niczym niewyróżniającą się nogę, postawił wtedy właśnie wspomniany wyżej wyrobnik, księgę z wygrawerowanym złotymi zgłoskami napisem: “LEGENDA” zatrzasnął kolejny. Tak powstało imperium.

Ta ich hegemonia zaczęła mnie po prostu irytować. Nie tylko jak zwyczajna hegemonia, która kiedyś w końcu poirytować musi. Jako konsumenta futbolu niezaangażowanego emocjonalnie, w United wkurzało mnie to, że nie przestawali być wielcy, nawet jak w ich szeregach biegali John O’Shea, albo Wes Brown, nawet jak kolejny rok rozpoczynali z Sheringhamem i Solskjaerem w składzie. Tak, Manchester United wnerwiał mnie niemożebnie, bo był klubem ogórków. Zawsze.

Dziwię się ludziom, którzy narzekają, na zmiany personalne, jakie dotknęły zespół Czerwonych Diabłów - co też miało być zasługą w dużej mierze samego Fergusona i przyczyną aktualnej zapaści - bo zdają się oni ową permanentną ogórkowatość MU ignorować. Po murawie na Old Trafford, od początku ery Szkota, wirtuozi otaczani byli kilkoma rzemieślnikami, mającymi konkretne zadania do wykonania. W zwycięskim składzie z Moskwy, który jako ostatni z Manchesteru wzniósł do góry Puchar Europy, wystąpił chociażby wspomniany Wes Brown, piłkarz na tyle nijaki, że ze swoim CV obecnie nie ma pewnego placu nawet w dołującym Sunderlandzie. Szrot w składzie prowadzonym przez Davida Moyesa niczym nie różni się też od tego, który zdobył ostatnie dla United mistrzostwo Anglii. Ba, w przeważającej większości już mościł sobie wtedy miejsce w szeregach manchesterskich. Jak zawsze.

Szczęśliwie, byliśmy świadkami, i często także uczestnikami, wieloletniej opowieści o tym, jak na barkach jednego człowieka, powstawało imperium, i jak się rozpierniczyło, kiedy przeszedł za kulisy. Na nic się zdała ta sama komercyjna machina pompująca do Azji trudny do sprecyzowania i ujęcia w jeden nawias “stuff” z logiem Man Utd. Nie pomogła też, na pierwszy rzut oka, mądra polityka sportowa, będąca kontynuacją mitu założycielskiego zaimplementowanego Czerwonym Diabłom, przez sir Aleksa. Rzeczywistość jest okrutna i ma nam coś do powiedzenia, wiedzą o tym już amerykańscy właściciele United, wie Moyes i być może nawet także Chińczycy - nie ma faceta, nie ma grania. Choć to wydaje się niedorzeczne, zobaczyliśmy chyba pierwszy taki, całkowicie sztuczny, bo wykreowany wyłącznie dla rozrywki, pokaz mocy tzw. czynnika ludzkiego. A może już Czynnika Ludzkiego. W każdym razie chodzi o pojedynczego człowieka. Specjalnego pojedynczego człowieka.

Zwykle, jeśli jakikolwiek specjalny pojedynczy człowiek się wyłaniał, to tylko w akompaniamencie dźwięku ścierających się wojsk i rozpołowianych czaszek. Ale futbol to właśnie trochę takie dzieje, historia, wojny, te sprawy, tylko w miniaturce i wersji light. Nic nowego, można rzec. Jednak bodaj pierwszy raz podaje się to w warunkach pokojowych i frytki do tego. Przeważnie, działo się tak, że odchodził ów sławny zdobywca, niwelowała się potęga i wpływy imperium. Od Aleksandra Macedońskiego, przez Czingis Chana, po Napoleona - ludzie, by osiągać rzeczy niezwykłe, potrzebowali człowieka. Niezwykłego. Z końcem ery Fergusona dobiega kresu najdłuższe panowanie w popkulturze, jakiego doświadczyliśmy. Nikt nie był na szczycie tak długo, jak on. Jeśliby zliczyć rząd dusz, to zapewne, żadna z żyjących osób nie miała nigdy choć przybliżonego wpływu na emocje i nastroje tylu innych.

Co ciekawe, Szkot, długo przygotowywał się na swoje odejście, sam wybrał swojego następcę, zostawił kompletne i sprawdzone przez siebie struktury klubu, know how jego funkcjonowania. Słowem, wszystko. Nic tylko wsiąść i prowadzić. Problem w tym, że ten cały potężny i efektowny gmach był zaledwie opisany na jego sylwetce. Bez niego pozostał pustą wydmuszką, która na zawsze już pozostanie symbolem tego, jak wielka jest moc człowieka i jak piękny może być świat. Football, blody hell… Olympiakos - Manchester United 2:0; Man vs Machine 1:0.
Trwa ładowanie komentarzy...